Zakochane konie – historia o mistrzu i o człowieku

Od kilku dni zachodziła we mnie wielka zmiana połączeń energii, działania z energią, na nowo pozwalania, aby energia mi służyła. Wraz z Hubertem poszłam na zimowy spacer do Czarnego Lasu.

Kiedy zaczęliśmy wędrówkę, pojawiły się jak na tacy wszystkie nasze stare zmagania, jak dawaliśmy ludziom wchodzić sobie na głowę, jak ciągle i ciągle nie byliśmy gotowi na to, żeby spektakularnie docenić siebie w całości. Przypomniały się prace, w których dawaliśmy z siebie wszystko, tylko po to, żeby później machnąć ręką i powiedzieć, spoko, przyjmę każde pieniądze, nawet jeśli wcale nie były godne mojej pracy. Ujrzeliśmy na nowo relacje z ludźmi, którzy wyciągali od nas czas, pieniądze i uwagę, tylko po to, żeby się nakarmić. Był to obraz niełatwy do przełknięcia, ale wszystko to, co dostrzegłam u Huberta, on z łatwością dostrzegł we mnie i w moim życiu. Ta wymiana dotknęła nas do żywego i zrozumieliśmy oboje, że nadszedł czas to skończyć.
Po prostu KONIEC z TYM!

Wtedy pojawiły się przed nami dwa piękne konie. Jeden z nich był rudy i wesoły, podszedł do nas z radością dziecka. Drugi czarny, zacny i poważny, przez chwilę ostrożnie przyglądał się nam zza ogrodzenia. Byliśmy zaskoczeni ich dostojeństwem, ich godnością, ale najbardziej zaskoczyła nas ich obecność w środku lasu. Odkąd wyszliśmy z domu, nie było nigdzie ani śladu żywej duszy. Wszędzie gęsty śnieg, drzewa, temperatura -6 stopni, zimowe nieporuszenie. Aż tu nagle, po naszym przytupie, dwa niesamowicie piękne i spokojne konie.
Przywitaliśmy się, głaskaliśmy je po głowach, patrzyliśmy sobie w oczy. Były jak odbicie nas samych. Ja ruda, Hubert czarny. Ja wesoła i radosna, Hubert ostrożny i z pozoru poważny. Wszyscy ciekawi siebie nawzajem.

Czarny Koń zaczął lizać rudego po pyszczku. Ten przytulił łeb do jego szyi i tak wymieniały czułości. Energia miłości rozpływała się na wszystkie strony. Staliśmy naprzeciwko nich wpatrzeni jak w obrazek, dostrzegając tyle podobieństw. Pocałowałam Huberta w policzek i wymieniliśmy uśmiechy.
Koń i człowiek tak jak Mistrz i człowiek. Mistrz czujący, godny, dostojny i wielki jak koń. Człowiek mały, myślący, kalkulujący wiecznie swoje życie. Idący razem wspólną drogą.
Kiedy tak iść za tym tropem, podróż ludzi idących ścieżką duchową, jest właściwie taka sama jak podróżowanie z koniem. Mistrz i człowiek zamknięci w jednym istnieniu. Człowiek trzyma konia przywiązanego liną i idzie z nim przez życie.

Koń czuje wszystko bardzo wyraźnie i kiedy człowiek się wszystkiego boi, koń woli się nie zbliżać. Kiedy człowiek oswoi się z myślą, że koń idzie z nim, zaczynają się dostrzegać, odczuwać swoją obecność. Koń czasem się zmęczy ułomnością człowieka i stanie jak kamień, żeby człowiek coś w końcu poczuł, zamiast wiecznie tylko iść za rozumem w niekończący się labirynt człowieczego świata. Zrobi to tyle razy ile potrzeba, a czasem, kiedy człowiek bardzo krzywdzi siebie, koń może nawet pobiec, sponiewierać głupca i poobijać go dla przykładu.

Nieważne jak bardzo się zmęczą, bo łączy ich wspólna droga, wspólny cel.
Kiedy człowiek wreszcie to zrozumie, może odpuścić swoje labirynty i poddać się, nie bojąc się konsekwencji. Wtedy koń, dostrzeże jego mądrość i siłę, w tym wielkim geście poddania i ukłoni się z godnością, zachęcając człowieka do wejścia na jego grzbiet.

Najpierw pojadą bardzo wolno, człowiek może nawet spaść z wrażenia i znów się poobijać. W końcu jednak podda się jeszcze raz, żeby dosiąść kogoś tak wielkiego i pięknego. Uwierzy, że razem mogą znaleźć drogę do domu. Wtedy koń nabierze tempa.

Człowiek może go jeszcze spowalniać, bojąc się prędkości. Może go jeszcze szarpnąć kilka razy za grzywę, ale w końcu i to odpuści, widząc jak razem galopują przez życie, tak niesamowicie intuicyjnie omijając wszystkie niebezpieczeństwa. Oboje odczują, jaka ich podróż stała się prosta, dla konia i dla człowieka. Jaka piękna jest i pełna pasji. Jaką jest wolnością.

Tak będą galopować w nieznane, aż w końcu staną się jednym ciałem, tak jakby zawsze byli jednością.

AN

Potencjały kreacji

Dwa lata temu, po tym, jak były mąż zwolnił mnie z pracy, otworzyłam swój pierwszy biznes – sklep papierniczo dekoracyjny i pracownie kreatywną w jednym. Przez te dwa lata wiele osób doceniło ten projekt dobrymi słowami, wiernością klientów, polecaniem dalej. Do KOTA (sklep nazywa się „Czarny Kot Biały Kot”) pewnego dnia zawitała Pani zajmująca się scenografią w Teatrze Wielkim, znała nasz sklep, bo wcześniej sprzedawałyśmy jej ręcznie robione opaski. Kątem oka widziałam, jak pakuje do koszyka największe jajka styropianowe w dużej ilości. Choć przyszłam do sklepu zupełnie przypadkiem i nie był to mój dzień pracy, pomogłam jej wybrać drewniane pudełko na kredki do nowego spektaklu. Wtedy nie wiedziałam, że będzie to początek wielkiej historii, że będzie to jedno z największych przesunięć energii w moim życiu.

Z Oświęcimia przyjechał mój brat, który nagle zrozumiał, że jest dość mocno wybrakowany, bo nigdy nie był w prawdziwym teatrze i koniecznie chce tego doświadczyć. Poszliśmy razem do Buffo, gdzie grają wspaniałe spektakle muzyczne oraz do Teatru Narodowego, gdzie zawsze mogłam liczyć na pełny profesjonalizm aktorów, realizatorów, reżysera. Tym razem trafił nam się nowy spektakl, o którym jeszcze nikt nie zdążył wyrobić opinii w internecie i tak znaleźliśmy się z bratem na „Dziadach” Mickiewicza.

Zaczęło się dość ciekawie, choć scenografia była bardzo biedna – jedyna dekoracja całej sceny to szare, półokrągłe dziury w podłodze. Po godzinie zmęczyły mnie trwające w nieskończoność monologi do widowni, brak jakichkolwiek rekwizytów (oprócz jednego stolika i rozsypanych kredek na podłodze). Nie rozumiałam, jak mogłam się znaleźć na tak nudnym spektaklu, wiedziałam, że to wszystko moja kreacja, nie ma winnych, to tylko JA sama zgotowałam sobie tę nudną sztukę, za którą musiałam jeszcze zapłacić. Dwa razy zbierałam się do wyjścia, ale brat zdecydował, że choć nudzi się okropnie, to jednak chce zobaczyć resztę, choćby do przerwy.

W jednym z kolejnych monologów Mickiewicza aktor przebrał się za bociana/może orła. Opowiadał, jak bardzo widzi swoją wielkość, że jest na równi z bogiem w tworzeniu i gdyby go spotkał z pewnością byliby równymi sobie. Mówił, że nie zna na świecie nikogo tak wybitnego w tworzeniu jak on, że jest potencjałem, dzięki któremu cały świat dowie się o Polsce. Aktor grający Mickiewicza głośno wołał, że jego imię to 44 – mistrzowska liczba. Wtedy dostrzegłam, że jestem jak Mickiewicz, mamy te same wielkie czyny przed sobą i tak samo godnie traktujemy nasze mistrzostwo. On i Ja tacy sami, tyle że on dawno temu, a ja w TU i TERAZ. (Kilka miesięcy później okazało się, że moje imię i nazwisko też nosi numerologiczną 44)

Kiedy monolog o wielkości skończył się, na scenę wybiegły dziewczyny, które rozrzuciły wielkie styropianowe jajka wokół naszego aktora orła/bociana. Jajka potoczyły się po sali, a ja poruszona monologiem, zastanawiałam się, skąd oni wzięli tyle styropianowych jajek poza sezonem. I wtedy zrozumiałam. Przypomniałam sobie rozrzucone na podłodze kredki z drewnianego pudełka, przypomniałam sobie Panią ze sklepu, zobaczyłam swoje jajka z KOTA na scenie. Jajka, które miały symbolizować potencjały Mickiewicza, a tym samym symbolizowały moje potencjały. To jak mój sklep i ja w nim rozsiewamy kreację dalej. To, kim jestem i jakie to przyniesie niebawem efekty.

To nie koniec historii.

Do mojego sklepu po kartony wstąpił Pan z telewizji. Razem z kamerą weszli (niby przypadkiem) i po krótkiej rozmowie ze mną, Jimi (artysta z Wielkiej Brytanii) dostał ode mnie kilkanaście dużych kartonów, żeby móc tworzyć z nich kartonowe półki do swojego programu „Rzeczy od nowa”. Jimi zachwycił się moim sklepem i stwierdził, że chciałby ze mną pracować, prowadzić ze mną warsztaty z dziećmi i wspólnie kreować twórcze ewenty. Spotkaliśmy się kilka razy i niezależnie co robiliśmy, energia kreatywności płynęła jak szalona, energia po tych spotkaniach była rozsadzająca, nie mogłam zasnąć od jej nadmiaru i przyszło do mnie dużo nowych ciekawych kreacji. W końcu z Jimim poprowadziliśmy warsztaty dla dzieci u mnie w Kocie. Robiliśmy świecące lampiony z wikliny, oklejane białym papierem. Jimi przyniósł na te warsztaty cały ogromny pęk wikliny i powiedział, że mogę jej użyć do swoich rzeczy. Warsztaty skończyły się, nauczyłam się nowej techniki tworzenia z wikliny i bardzo mnie to rozszerzyło. Miałam jeszcze dużo wikliny i papieru, więc postanowiłam zrobić coś jeszcze.

Wiadomo, że wszystko ma odzwierciedlenie w świecie duchowym. Zbliżały się święta Wielkanocne i pomyślałam, że zrobię na wystawę sklepu wielki świecący lampion w postaci kury. Magicznie miałam wolną sobotę od ludzi, syna, zajęć, atrakcji. Czas tylko dla siebie, więc poszłam do sklepu i zaczęłam tworzyć. Na początku pomagał mi Hubert, ale za każdym razem wyrzucało go po godzinie i w końcu zostałam sama ze swoją kurą, sklejając wiklinę do wikliny, tworząc formę, rozkoszując się i zatracając w tej kreacji. KURA znosząca JAJKA, znosząca potencjały, symbol dobrobytu, w wielu kulturach przewodnik dusz w rytuałach inicjacyjnych. (Tego dowiedziałam się później). Drugiego dnia udało mi się całkowicie ją okleić. Powstała wielka ok 2,5m x 2m przestrzenna kura/lampion, która ledwo zmieściła się w przestronnych drzwiach witryny. Włożyłam do niej światełka i zawisła na wystawie, wraz z kolorowymi skrzydłami.

W moim sklepie kilka razy mieliśmy wspólne spotkania Shaumbry – w skrócie nauczycieli duchowych, tworzących w nowych energiach. Dawno nie było żadnego spotkania w KOCIE, zbliżały się święta Wielkanocne, do Polski przyjechał nasz Shaumbrowy przyjaciel poznany w Monachium – Nazar – więc zaaranżowałam spotkanie w jedynym możliwym terminie – w środę wieczorem. Postanowiłam, że będziemy ozdabiać jajka styropianowe, stworzymy potencjały, które pięknie się będą mogły przejawić, najpierw w świecie fizycznym, potem w świecie duchowym. Poruszymy wspólnie kreację.

Wiele osób nie mogło przyjechać w tym terminie. Środek tygodnia, Warszawa, późna godzina spotkania i na dodatek trzeba coś tworzyć – z czym wiele osób podświadomie ma problem, nie akceptując swoich kreacji w pełni. Jednak te wątpliwości, które inni próbowali we mnie zasiać, zniknęły, kiedy zobaczyłam, jak wiele rzeczy nawarstwiło się, żeby spotkać się dokładnie w tym terminie i dokładnie z tymi ludźmi, którzy mieli przybyć. Synchronizacje były niebywałe. Energia mi służyła i zaczęły się zgłaszać osoby, które zdecydowały się pojawić na spotkaniu potencjałów. Wtedy przejawiła mi się cała ta historia związana z teatrem, z Jimim, z Kurą i jajkami. Wszystko się połączyło i dostrzegłam, jak wielkie rzeczy zostaną zasiane w środę. Stworzyłam KURĘ, zaprosiłam Shaumbrę i razem mieliśmy zasiać nowe potencjały.

Miesiąc później pojechałam na Hawaje na spotkanie nauczycieli w duchu Ahmyo, czyli w duchu lekkości życia prawdziwego Mistrza. Te kilka dni na Hawajach pokazało mi, jak daleko zaszłam w uwalnianiu swoich kreacji. Jak wielkim twórcą już jestem. Prowadzący mówił, że czuje po raz pierwszy, jak energia kreacji dosłownie otworzyła się przez nas na innych. Mówił, że praca jaką wykonujemy na tym wyjeździe, to praca dla całego przyszłego świata, dla wszystkich Mistrzów, którzy przyjdą po nas. Całe to spotkanie sprowadziło się do krótkich sentencji – Jestem kreatorem, jestem kreacją, tworzę, będąc w pasji.

Kiedy wróciłam ze spotkania Ahmyo zdecydowałam się na sprzedaż mojego sklepu. Zrozumiałam, że nie można trzymać swoich kreacji, trzeba je puszczać dalej, by nie stać w miejscu. Zrozumiałam jak bezpieczna przestrzeń i jej pragnienie, wstrzymuje nas od pełnej realizacji.

Czuję wielką zmianę. Dosłownie wolność w tworzeniu bez ograniczeń. Wiele razy mówiłam synowi – to ty jesteś kreatorem swojego życia. Teraz czuje, jak wielkie to będzie, jak obezwładniające, jak będzie świecić, kiedy w końcu w całości przyzwolimy na bycie prawdziwym twórcą. Kiedy przestaniemy się bać. Droga została otwarta, potencjały kreacji zasiane. Teraz tylko czekać jak skorupki posypią się i wyłoni się prawdziwa pasja tworzenia. Mistrzostwo bycia Twórcą przez duże T.

Jak staniemy się najprawdziwszym Standardem.

AN

Nasze małe wygodne więzienia

Wszyscy jesteśmy gdzieś wiecznie zamykani. Kiedy rodzimy się zamykamy się w formie człowieka. Pierwszy raz musimy upchnąć naszą duszę, nasze odczuwanie, naszą całą nieskończoną istotę w małego człowieczka, któremu jest wiecznie zimno, chce mu się jeść i spać. Zamykamy się na siebie, bo jest tyle innych „ważnych rzeczy” do zrobienia. Później dorastamy, dowiadujemy się, że inni są jeszcze bardziej zamknięci. Dzieci zamyka się w szkole, zwierzęta w domach, dorosłych ludzi w pracach, a starszych w szpitalach lub w telewizorach.

Taki mój kot. Wykreował sobie życie na dziewiątym piętrze, bez widoku na naturę. Czasem go zabiorę do rodziców, gdzie jest namiastka życia w naturze, ale on woli nie oddalać się, tak bardzo zamknął się na swoje zwierzęce instynkty, żeby przetrwać. Kiedyś chodził po barierce, pokazując jakim jest kotem przez duże K. Później spadł. Trochę go ogłuszyło i co dziwne, nic więcej mu się nie stało, ale na barierkę już nie wchodzi.

Mój syn. Żyjący w świecie emocji, których nie może zatrzymać. Ciągle odczuwający i frikujący z nadmiaru, który czuje od innych ludzi. Lęki, zemsta, złość, bezsilność i tak w kółko w jego głowie odbijają się inni, więc podwaja to sobą, myśląc, że tak trzeba. Największa kara – wysłanie do szkoły. Największe marzenie – choroba. Ale nie, dzisiaj jesteś zdrowy, więc marsz do więzienia. Może zrobią ci rozgrzewkę w postaci WF-u, może więzienna stołówka zaserwuje coś słodkiego i godniej będziesz mógł przeżyć ten dzień.

Była teściowa. Zamknięta w żałobie. Myślałby kto, że jak już masz wszystko – pieniądze, przestrzeń do życia, odchowaną rodzinę, to można się poddać. Żyć w zgodzie ze sobą. Ale można też wybrać więzienie. Więzić się chorobą, więzić się żalem żałoby, więzić się niechęcią do innych ludzi. Kiedy tak długo się żyje w iluzji tego, że sami sobie nie poradzimy, że potrzebny nam jest ktoś jeszcze, żeby funkcjonować, po jego utracie, nieważne – męża, kochanka, czy dziecka – wybieramy zamknięcie na wszystko. Bo tak trzeba. Żeby było nam „lżej”, żeby inni zobaczyli jak cierpimy.

I w końcu Ja, tak jak wielu innych, zamknęłam się na wszystko, co jest we mnie. Cała moja duchowa droga to było i jest otwieranie się i wychodzenie z kolejnych więzień, które sama dla siebie przygotowałam. Pamiętam ten dzień na kanapie, w mieszkaniu byłego męża, kiedy nagle przez moment wróciłam do siebie, jaka to była ulga, jakie odkrycie, być przez chwilę sobą. Obudziło to stare pragnienie – poszukiwania siebie. Zaprocentowało. Zaczęłam więcej marzyć, więcej medytować, częściej być. Wychodziłam z kolejnych i kolejnych nie moich „rzeczy”, żeby poczuć się wspaniale, żeby poczuć, że żyję. I teraz, kiedy moje życie przetransformowało się o 180 stopni –  idę dalej.

Wydostaję się z iluzji,  że trzeba ciężko pracować, długimi godzinami, żeby godnie żyć.

Wychodzę z iluzji, że mieszkanie na dziewiątym piętrze, z dala od natury, z widokiem na bloki mi odpowiada.

Wychodzę z iluzji, że nie mogę pisać swoich książek, bo zawsze czegoś mi jeszcze brakuje.

Wychodzę z potrzeby robienia wszystkiego, tak jak inni wokół, odbębniania świąt, których nie lubię i które nie są moje, wychodzę z ról społecznych, które mówią mi co mam myśleć i jak się zachowywać, kiedy jestem matką, partnerką, dzieckiem swoich rodziców. Wychodzę ze zbiorowej świadomości, żeby być wolnym.

Tego tyle jest. Ale inni targają ten bagaż codziennie za sobą, myśląc, że już tak umrą z tym wszystkim. Później narodzą się na nowo i może tym razem im się uda. Albo nie. A ja wyrzucam, jak tylko dostrzegę, że to coś w moim plecaku nie jest moje, to wywalam i jest mi bardzo lekko. Codziennie wybieramy na nowo swoje życie i nie ma tu mowy o wymówkach. Wszystko, co do nas przychodzi, jest naszą kreacją. To my tworzymy swoje więzienia i tylko my możemy się z nich uwolnić.

Wolność już tu jest, trzeba tylko mieć odwagę, żeby po nią sięgnąć.

AN

Miasto śmierci

Shaumbra

Urodziłam się w Oświęcimiu mieście holokaustu, mieście gdzie ludzie pokazali innym ludziom jak bardzo brakuje im miłości do siebie i do bliźniego. W mieście w którym życie ludzkie znaczyło tyle co mydło, które można wyprodukować z ciała człowieka. Urodziłam się w mieście światła OŚWIĘCIM – OŚWIECENIE, w mieście światła, które upomniało się o swoją ciemność. I na tym wszystkim, na wszystkich doświadczeniach historii tego miejsca, staję Ja. Nie bez przyczyny Ja. 

Nazwa miasta Oświęcim ma trzy legendy, które o tym opowiadają. Jedna z nich to Ksiądz, który wchodząc do tunelu został oświecony światłem. Druga opowiada o tym samym księdzu, który zobaczył w ciemnym tunelu świętych i krzyknął – O święci! A trzecia dotyczy oświecenia tego księdza, który w ciemności rozbłysł światłem świadomości. 

Największe światło przyciąga największą ciemność, czy zdajecie sobie z tego sprawę? Można też ująć to odwrotnie, swoje największe światło można zobaczyć dopiero w ciemnym tunelu, tam gdzie nie dociera już nic. Jest tylko ciemność i my. Tam, można odnaleźć największe skarby dla siebie, trzeba tylko się na to odważyć. Dlaczego skarby? Bo nie potrafimy ich dostrzec w życiu codziennym, widzimy tylko wierzchołki góry, nie podejrzewając, że za mgłą kryje się lita skała, zrośnięta z nami. 

Kiedy przyzwolimy, żeby ciemność otuliła nas swoją nocą, zostajemy sami. Doznajemy największych lęków, i na dobrą sprawę, dopiero wtedy możemy je dostrzec w całości. W dzień nikt się nie boi ciemności. W najczarniejszą noc przychodzą do nas najgorsze scenariusze życia i śmierci, nas samych i naszych rodzin, przyjaciół, znajomych i wrogów. Przychodzi zazdrość, pycha, przychodzi strach o byt, jednym słowem zgnilizna. Ale kiedy przyzwolimy na jej dostrzeżenie, na jej wyłonienie się, na które do tej pory nie mieliśmy ochoty – O! Wtedy się dopiero dzieje! 

Możecie mówić NIE – mnie to nie dotyczy. Ale TAK, każdy ma w sobie tyle samo światła co ciemności. Każdy z nas jest człowiekiem, żyje w zbiorowej świadomości i ma podobne lęki, nosi w sobie ciemność. Przyzwolić na to żeby się przejawiła w całej swej okazałości i przyjąć ją, to prawdziwa droga do oświecenia. 

Swojego czasu wymyśliłam kontrowersyjny napis na bawełniane torby, który brzmiał – I LOVE OŚWIĘCIM. Wtedy myślałam, że chodzi mi o miasto, które przecież kocham. Ale jest w tym o wiele więcej. To co wydarzyło się w Auschwitz dotknęło głębi ciemności, ciemności która zawsze była, zawsze jest i zawsze będzie w każdym człowieku. I szczerze przyznam, że kocham tą ciemność, a dokładnie to, że się przejawiła dla mnie w tak bliskim otoczeniu, że mogłam dorastać w jej sąsiedztwie. Czuć jej oddech na plecach. Nauczyła mnie obcować z ciemnością, przyzwolić na nią, nie odwracać wzroku, a czasem nawet z niej żartować. 

Nie zrozumcie mnie źle, nie oceniam tego, co tam się stało, choć mogłabym bez problemu. Dla mojej duszy najważniejsze jest to, co przyniosło to mi, Ani mieszkającej kilkaset metrów obok. Ani która, gdziekolwiek pojechała i powiedziała skąd jest, siała zamęt i niedowierzanie. Jak to jest mieszkać w Oświęcimiu pytali zewsząd, robiąc wielkie oczy. Kiedyś odpowiadałam, że normalnie, tak jak w innym mieście. Ale nie, teraz widzę wszystko o wiele głębiej, o wiele świadomiej, teraz czuję różnicę. 

Mieszkam w mieście, które prorokowało oświecenie. Tak bardzo świeciło, że przyciągnęło największą ciemność. Teraz ja mogłam tą ciemność pokochać, pokochać wszystkie historie ofiar i katów. Bez oceniania. Pozwoliłam sobie na pokochanie ciemności i to rozbłysło czystym światłem miłości. Jestem tu i teraz. Jestem tym kim jestem. Jestem miłością. 

Jestem w dobrym miejscu i wszystko jest dobrze w całym stworzeniu, wystarczy tylko to zrozumieć. 

 

AN

Ostatnia Komunia

Najwyższy czas zerwać z utożsamianiem się z grupą. Owszem, do tej pory zawsze żyliśmy w grupie, to dodawało nam siły i dodawało blichtru, ale koniec z tym. Teraz zaczynamy erę samego siebie i to jest wielka, wielka zmiana.

Kobiety nie muszą się już utożsamiać z kobietami, mężczyźni z mężczyznami, pracownicy z pracą, mistrzowie z mistrzami.

Kiedyś siła była w kręgu, nieważne czy to rodziny, czy wspólnoty. Chrześcijanie czcili i czczą ten krąg, jednocząc się – spożywając komunię, opłatek, ciało Chrystusa. Ten stan bycia, czucia się czymś dużo większym, bycia częścią wielkiego planu przestaje nas już obowiązywać. Kiedy człowiek w pełni rozwinie miłość do siebie, świeci własnym światłem. Nie musi już nikomu imponować, nie musi odbijać się w innych, wystarczy mu on sam, jego energia i ona może być teraz dużo większa i rozleglejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Starożytne rytuały też dążyły do zjednoczenia energii, aby rosła, była silniejsza, ale dosyć tego. Energia jest wszędzie i to my decydujemy, na jak wiele jej przyzwolimy w swoim ciele, jak wiele do nas przypłynie. Pierwszy raz od wielu, wielu wcieleń możemy zostawić nasze Anioły, naszych przewodników, naszych guru i ruszyć w siebie, tam gdzie jesteśmy największym mistrzem, tam gdzie nikt nam nie powie co mamy robić, bo tylko my to możemy wiedzieć, bo tylko my jesteśmy nami. My wybieramy, my mamy wszystko, my jesteśmy suwerenni i sami, bez niczyjej pomocy możemy iść własną drogą jak jeszcze nigdy nikt. Możemy słuchać siebie, zbierać synchroniczności i wypełniać najlepsze dla nas potencjały i to jest prawdziwa wolność, być suwerennym.

To czas jednostek, ich pasji, ich światła. Krąg przestaje istnieć, spełnił już wszystkie swoje role, wszystkie zadania i teraz idziemy sami. Jesteśmy wszystkim i wszystkimi.

Jesteśmy całym kręgiem. I to jest wielkie.

*Komunia – emocjonalne utożsamienie się ze zbiorowością, z otoczeniem.

(zdj. ze strony manorhouse.pl)