Zakochane konie – historia o mistrzu i o człowieku

Od kilku dni zachodziła we mnie wielka zmiana połączeń energii, działania z energią, na nowo pozwalania, aby energia mi służyła. Wraz z Hubertem poszłam na zimowy spacer do Czarnego Lasu.

Kiedy zaczęliśmy wędrówkę, pojawiły się jak na tacy wszystkie nasze stare zmagania, jak dawaliśmy ludziom wchodzić sobie na głowę, jak ciągle i ciągle nie byliśmy gotowi na to, żeby spektakularnie docenić siebie w całości. Przypomniały się prace, w których dawaliśmy z siebie wszystko, tylko po to, żeby później machnąć ręką i powiedzieć, spoko, przyjmę każde pieniądze, nawet jeśli wcale nie były godne mojej pracy. Ujrzeliśmy na nowo relacje z ludźmi, którzy wyciągali od nas czas, pieniądze i uwagę, tylko po to, żeby się nakarmić. Był to obraz niełatwy do przełknięcia, ale wszystko to, co dostrzegłam u Huberta, on z łatwością dostrzegł we mnie i w moim życiu. Ta wymiana dotknęła nas do żywego i zrozumieliśmy oboje, że nadszedł czas to skończyć.
Po prostu KONIEC z TYM!

Wtedy pojawiły się przed nami dwa piękne konie. Jeden z nich był rudy i wesoły, podszedł do nas z radością dziecka. Drugi czarny, zacny i poważny, przez chwilę ostrożnie przyglądał się nam zza ogrodzenia. Byliśmy zaskoczeni ich dostojeństwem, ich godnością, ale najbardziej zaskoczyła nas ich obecność w środku lasu. Odkąd wyszliśmy z domu, nie było nigdzie ani śladu żywej duszy. Wszędzie gęsty śnieg, drzewa, temperatura -6 stopni, zimowe nieporuszenie. Aż tu nagle, po naszym przytupie, dwa niesamowicie piękne i spokojne konie.
Przywitaliśmy się, głaskaliśmy je po głowach, patrzyliśmy sobie w oczy. Były jak odbicie nas samych. Ja ruda, Hubert czarny. Ja wesoła i radosna, Hubert ostrożny i z pozoru poważny. Wszyscy ciekawi siebie nawzajem.

Czarny Koń zaczął lizać rudego po pyszczku. Ten przytulił łeb do jego szyi i tak wymieniały czułości. Energia miłości rozpływała się na wszystkie strony. Staliśmy naprzeciwko nich wpatrzeni jak w obrazek, dostrzegając tyle podobieństw. Pocałowałam Huberta w policzek i wymieniliśmy uśmiechy.
Koń i człowiek tak jak Mistrz i człowiek. Mistrz czujący, godny, dostojny i wielki jak koń. Człowiek mały, myślący, kalkulujący wiecznie swoje życie. Idący razem wspólną drogą.
Kiedy tak iść za tym tropem, podróż ludzi idących ścieżką duchową, jest właściwie taka sama jak podróżowanie z koniem. Mistrz i człowiek zamknięci w jednym istnieniu. Człowiek trzyma konia przywiązanego liną i idzie z nim przez życie.

Koń czuje wszystko bardzo wyraźnie i kiedy człowiek się wszystkiego boi, koń woli się nie zbliżać. Kiedy człowiek oswoi się z myślą, że koń idzie z nim, zaczynają się dostrzegać, odczuwać swoją obecność. Koń czasem się zmęczy ułomnością człowieka i stanie jak kamień, żeby człowiek coś w końcu poczuł, zamiast wiecznie tylko iść za rozumem w niekończący się labirynt człowieczego świata. Zrobi to tyle razy ile potrzeba, a czasem, kiedy człowiek bardzo krzywdzi siebie, koń może nawet pobiec, sponiewierać głupca i poobijać go dla przykładu.

Nieważne jak bardzo się zmęczą, bo łączy ich wspólna droga, wspólny cel.
Kiedy człowiek wreszcie to zrozumie, może odpuścić swoje labirynty i poddać się, nie bojąc się konsekwencji. Wtedy koń, dostrzeże jego mądrość i siłę, w tym wielkim geście poddania i ukłoni się z godnością, zachęcając człowieka do wejścia na jego grzbiet.

Najpierw pojadą bardzo wolno, człowiek może nawet spaść z wrażenia i znów się poobijać. W końcu jednak podda się jeszcze raz, żeby dosiąść kogoś tak wielkiego i pięknego. Uwierzy, że razem mogą znaleźć drogę do domu. Wtedy koń nabierze tempa.

Człowiek może go jeszcze spowalniać, bojąc się prędkości. Może go jeszcze szarpnąć kilka razy za grzywę, ale w końcu i to odpuści, widząc jak razem galopują przez życie, tak niesamowicie intuicyjnie omijając wszystkie niebezpieczeństwa. Oboje odczują, jaka ich podróż stała się prosta, dla konia i dla człowieka. Jaka piękna jest i pełna pasji. Jaką jest wolnością.

Tak będą galopować w nieznane, aż w końcu staną się jednym ciałem, tak jakby zawsze byli jednością.

AN

Miasto śmierci

Shaumbra

Urodziłam się w Oświęcimiu mieście holokaustu, mieście gdzie ludzie pokazali innym ludziom jak bardzo brakuje im miłości do siebie i do bliźniego. W mieście w którym życie ludzkie znaczyło tyle co mydło, które można wyprodukować z ciała człowieka. Urodziłam się w mieście światła OŚWIĘCIM – OŚWIECENIE, w mieście światła, które upomniało się o swoją ciemność. I na tym wszystkim, na wszystkich doświadczeniach historii tego miejsca, staję Ja. Nie bez przyczyny Ja. 

Nazwa miasta Oświęcim ma trzy legendy, które o tym opowiadają. Jedna z nich to Ksiądz, który wchodząc do tunelu został oświecony światłem. Druga opowiada o tym samym księdzu, który zobaczył w ciemnym tunelu świętych i krzyknął – O święci! A trzecia dotyczy oświecenia tego księdza, który w ciemności rozbłysł światłem świadomości. 

Największe światło przyciąga największą ciemność, czy zdajecie sobie z tego sprawę? Można też ująć to odwrotnie, swoje największe światło można zobaczyć dopiero w ciemnym tunelu, tam gdzie nie dociera już nic. Jest tylko ciemność i my. Tam, można odnaleźć największe skarby dla siebie, trzeba tylko się na to odważyć. Dlaczego skarby? Bo nie potrafimy ich dostrzec w życiu codziennym, widzimy tylko wierzchołki góry, nie podejrzewając, że za mgłą kryje się lita skała, zrośnięta z nami. 

Kiedy przyzwolimy, żeby ciemność otuliła nas swoją nocą, zostajemy sami. Doznajemy największych lęków, i na dobrą sprawę, dopiero wtedy możemy je dostrzec w całości. W dzień nikt się nie boi ciemności. W najczarniejszą noc przychodzą do nas najgorsze scenariusze życia i śmierci, nas samych i naszych rodzin, przyjaciół, znajomych i wrogów. Przychodzi zazdrość, pycha, przychodzi strach o byt, jednym słowem zgnilizna. Ale kiedy przyzwolimy na jej dostrzeżenie, na jej wyłonienie się, na które do tej pory nie mieliśmy ochoty – O! Wtedy się dopiero dzieje! 

Możecie mówić NIE – mnie to nie dotyczy. Ale TAK, każdy ma w sobie tyle samo światła co ciemności. Każdy z nas jest człowiekiem, żyje w zbiorowej świadomości i ma podobne lęki, nosi w sobie ciemność. Przyzwolić na to żeby się przejawiła w całej swej okazałości i przyjąć ją, to prawdziwa droga do oświecenia. 

Swojego czasu wymyśliłam kontrowersyjny napis na bawełniane torby, który brzmiał – I LOVE OŚWIĘCIM. Wtedy myślałam, że chodzi mi o miasto, które przecież kocham. Ale jest w tym o wiele więcej. To co wydarzyło się w Auschwitz dotknęło głębi ciemności, ciemności która zawsze była, zawsze jest i zawsze będzie w każdym człowieku. I szczerze przyznam, że kocham tą ciemność, a dokładnie to, że się przejawiła dla mnie w tak bliskim otoczeniu, że mogłam dorastać w jej sąsiedztwie. Czuć jej oddech na plecach. Nauczyła mnie obcować z ciemnością, przyzwolić na nią, nie odwracać wzroku, a czasem nawet z niej żartować. 

Nie zrozumcie mnie źle, nie oceniam tego, co tam się stało, choć mogłabym bez problemu. Dla mojej duszy najważniejsze jest to, co przyniosło to mi, Ani mieszkającej kilkaset metrów obok. Ani która, gdziekolwiek pojechała i powiedziała skąd jest, siała zamęt i niedowierzanie. Jak to jest mieszkać w Oświęcimiu pytali zewsząd, robiąc wielkie oczy. Kiedyś odpowiadałam, że normalnie, tak jak w innym mieście. Ale nie, teraz widzę wszystko o wiele głębiej, o wiele świadomiej, teraz czuję różnicę. 

Mieszkam w mieście, które prorokowało oświecenie. Tak bardzo świeciło, że przyciągnęło największą ciemność. Teraz ja mogłam tą ciemność pokochać, pokochać wszystkie historie ofiar i katów. Bez oceniania. Pozwoliłam sobie na pokochanie ciemności i to rozbłysło czystym światłem miłości. Jestem tu i teraz. Jestem tym kim jestem. Jestem miłością. 

Jestem w dobrym miejscu i wszystko jest dobrze w całym stworzeniu, wystarczy tylko to zrozumieć. 

 

AN

Miłość do Siebie

 

Nic tak nie przybliża nas do samorealizacji i szczęścia jak miłość do samego siebie.

Niesamowita zamiana świadomości następuje, kiedy zaczynamy być Panem samego siebie. Porzucamy iluzję w której trwaliśmy całe życie, która mówiła że coś z zewnątrz jest nam potrzebne do szczęścia. Bo to nie jest prawda. Porzucamy iluzję, że ktoś nam coś zrobił, skrzywdził nas lub nadal krzywdzi i dlatego nie możemy być szczęśliwi. To nie jest prawda. Tak jest po prosu łatwiej, łatwiej obwiniać innych, niż wziąć odpowiedzialność za swoje kreacje. Łatwiej skarżyć się na los, żeby ktoś zwrócił na nas uwagę i dostrzegł nas przez chwilę w cierpieniu. Dał nam trochę energii. Jednak to bardzo ulotne.
Chcemy miłości, chcemy pieniędzy, wolności, podziwu, a tak naprawdę nigdy tego nie dostaniemy w pełni, jeśli nie pokochamy samego siebie. Kiedy uda się to człowiekowi osiągnąć, wszystko inne przychodzi do niego jak przyciągane magnesem, bo czuje się tego godny. Tak działa nowa energia.

 

Jak to się przejawiło w moim życiu

Najpierw zrozumiałam pełnię wszystkiego co mnie w życiu spotkało. Dostrzegłam dynamikę energii, która przejawiała się wtedy „złymi’ doświadczeniami. Zrozumiałam, że na wszystko sama pozwoliłam, wszystko sama wybrałam i moi najwięksi wrogowie okazali największą miłość do mnie, żeby dać mi niezwykłe intensywne lekcje siebie samej. Oni to zrobili z miłości, tak dogadaliśmy się zanim jeszcze moja dusza wcieliła się na ziemi. To było piękne poświęcenie pełne godności i miłości. To była nauka dla każdego z nas. Kiedy to zrozumiałam, przestałam widzieć dobro i zło. Od tego momentu wszystko co przychodziło do mojego życia było dobre, było moją i tylko moją kreacją, było zgodnie z największą prawdą budzącej się świadomości – że wszystko jest dobre w całym stworzeniu.

Kiedy uświadomiłam sobie, że mężczyzna i miłość, na którą się czeka to tylko iluzja, znowu wszystko w moim życiu się zmieniło. Cały świat stanął na głowie. Zakochałam się. Zakochałam się w sobie, zostawiając wszystko inne za sobą, poczułam się tak jak zawsze, gdy doświadczałam wielkiej miłości. Motyle w brzuchu, ogromna ilość energii, wrażenie że mogę zrobić, czy osiągnąć wszystko, bez ograniczeń. Czułam ogromną radość z przebywania tylko ze sobą i radość z robienia tego co lubię robić – ze śpiewania, tańczenia, malowania, jedzenia, tworzenia. Zaczęłam z zachwytem patrzeć w lustro, rozpieszczać siebie, kupować sobie prezenty. Ach!

Kiedyś myślałam, że ten etap mam już dawno za sobą,  etap miłości do siebie. Zawsze akceptowałam swoją niewiedzę, nawet jeśli wychodziłam na śmieszną, nigdy nie bałam się  pytać. Nigdy nie goniłam za modą, nie udawałam lepszej niż jestem, rzadko kłamałam. Jednak nie widziałam się w wielkich projektach, całkowita transparentność mnie przerażała, jak powiedzieć obcej osobie, że jest się mistrzem, że czuje się energie itd. Teraz zupełnie nie mam z tym problemu. Teraz kocham siebie bezwarunkowo. To jest piękne.

Każdy z nas jest pięknem. Ważne żeby nie szukać go wiecznie na zewnątrz, tylko dostrzec go w środku siebie i z siebie promieniować na wszystko co się dzieje wokół.

 

Jak pokochać Siebie

Aby zgłębić miłość do siebie nie szukajmy w tym co nas rozświetla i w tym co nas cieszy, bo słońce zawsze odbija światło i tworzy krajobrazy z wszystkiego co napotka na swojej drodze, szukajmy w ciemności, tam gdzie nie ma nic poza czernią, tam gdzie nie istnieje już nic poza prawdą. W ciemną noc, kiedy nie ma słońca, świeci tylko to co prawdziwe, cała reszta znika i nie istnieje.

Szukajcie swojej miłości w ciemności, tam ukryte są prawdziwe skarby, dla waszej duszy. Szukajcie miłości w nienawiści, w lękach, rozkładajcie je na czynniki pierwsze i dostrzegajcie prawdziwą istotę wszystkiego, pamiętając, że to wszystko jesteście WY. Szukajcie swojej miłości w krzywdach, które wam się przytrafiły i rozwijajcie te historie jak dywan, żeby dojść do samego końca i zrozumieć, że cały ten karmazynowy dywan to była wasza droga do swojej miłości. Kiedy rozwiniecie swoje wszystkie ciemności, kiedy zrozumiecie ich prawdziwą pierwotną przyczynę, wszystko zniknie i zostanie wam już tylko miłość. Nieznęcona przeszłością, ani przyszłością.

Miłość nie ocenia, nie można jej zgasić, nie jest zazdrosna, nie da się jej zasmucić, czy umniejszyć. Często mówiłam „kocham” w moim życiu, ale dopiero kiedy naprawdę pokochałam siebie, zrozumiałam to słowo w pełni i energię jaką niesie.

Kiedy dostrzeżemy, że wszystko co się wydarzyło w naszym życiu to byliśmy MY, nikogo się nie oskarża, akceptuje się swoją kreację i idzie się dalej. Z miłością.

 

Miłość to otwarcie

Kiedy kochamy samego siebie, następuje niesamowite otwarcie na swoje potencjały. Wszystkie nasze talenty wychodzą nagle na powierzchnię i widzimy siebie na nowo, wielowymiarowo, widząc swoje potencjały na horyzoncie. To jest piękne.

Wszystko co tworzymy jest wspaniałe dla nas i nas zachwyca, a kiedy energia zachwytu pojawia się przy kreacji, zachwyca automatycznie innych. Bez żadnych starań, bez reklamy, po prostu ludzie to czują. Czują miłość. Po to przyszli na ten świat i to ich przyciąga. Każdy chce miłości i wolności bez wyjątku. Wystarczy ją sobie dać i trwać w niej. Później dzieją się cuda wianki.

AN

* ilustracją do artykułu jest obraz Huberta Lasockiego, obraz Miłości *

Dziecinnie nie proste!

Ujrzałem ostatnio swoje wewnętrzne dziecko i widzę je teraz w każdym człowieku.
Nigdy nie rozumiałem tego konceptu „wewnętrznego dziecka”, bo przecież jestem „dorosły” i poważny, więc jak mogę być dzieckiem. Mój umysł kompletnie to wyparł.
Najbardziej traumatycznym przeżyciem jest przyjście na ziemie.
Urodzenie się w tej ograniczonej rzeczywistości. Głębokie poczucie strachu, lęku, zagubienia, szukania drogi do wyjścia, czy dobrze się zrobiło i czy się stąd w ogóle wydostaniemy. Czy ktoś nam pomoże? Ciągłe poszukiwanie siebie, drogi do wyjścia z tej ograniczonej rzeczywistości, ludzkiego życia. Głęboko wiemy, że jesteśmy czymś więcej, ale nie widzimy tego. Powoduje to ogromny dyskomfort, niepewność, brak kontroli i zaufania sobie.
Tak zachowuje się przestraszone, zlęknione dziecko.
Jak te dziecko zrozumie, że jest zlęknione i jest to niepotrzebne, zaufa swojej głębi, swojemu wiedzeniu, które zawsze go prowadziło to uspokaja się i zasypia. Ufa, przyzwala i niczego już nie oczekuje.
Dziecko jak już się nie boi, zaczyna marzyć, radować się, odczuwać pasje i chęć tworzenia, czuje prawdziwe życie, które przepływa w każdej chwili.
Dorosły człowiek dalej jest też dzieckiem, tylko, że schowany pod przykrywką ego, masowej świadomości i często nieświadomy już tego, że jest również dzieckiem…. bo przecież jest dorosły, więc jak może być dzieckiem!
Dzieci wspaniale przypominają nam, kim my jesteśmy pierwotnie pod tą całą twardą skorupą dorosłości.
Skoro nie ma się czego bać, nie ma przed kim uciekać, to nic tylko się bawić i odczuwać radość życia, radość dzieka!


Hubert

ETAPY dotarcia do PRAWDY

ETAPY PRAWDY

Zauważyłam, że nie jesteśmy gotowi na całkowitą prawdę o samym sobie. Wiele razy prawda nie ukazywała mi się wprost, tylko etapami, stopniowo. Za każdym razem, kiedy przechodziłam kolejny etap w samopoznaniu, pojawiało się zrozumienie i całościowy wgląd w daną sytuację. Często bywało tak, że wiedziałam, że umysł tego nie ogarnie i dopiero wtedy, gdy odpuszczałam i szłam dalej z wewnętrzną nadzieją, że gdzieś tam kiedyś przyjdzie do mnie zrozumienie, o co naprawdę chodzi, po jakimś czasie ukazywała mi się jasna odpowiedź.

Tak niesamowicie sprytnie to sobie kreujemy dla siebie. Wiem, że wcześniej nie byłam gotowa na informacje, które teraz jestem w stanie ogarnąć i gdyby mi ktoś z zewnątrz opowiedział o wszystkim, co teraz wiem i doświadczam to nie udźwignęłabym tego. Dlatego nie warto nikomu nic tłumaczyć na siłę i kogokolwiek zmieniać czy edukować, wbrew naturalnym procesom. Kiedy widzisz coś dziwnego i niedziałającego w drugiej osobie i nawet jej o tym powiesz, to ona i tak nie usłyszy, jeśli nie będzie na to gotowa.  Dlatego pomaganie na siłę nie ma sensu.

Weźmy np. miłość bezwarunkową. Kiedy nie jest się na nią gotowym, jest ona niewyobrażalna. Pozornie wydaje nam się to możliwe, ale w praktyce nie wychodzi. Jak kochać kogoś i móc z nim być, nie wiążąc go jednocześnie, ani siebie. Nie mając nad tym związkiem żadnej kontroli, żadnych oczekiwań, a jednocześnie cieszyć się miłością i trwać w niej bezwarunkowo.  Kiedyś to była rzecz nie do zrobienia, teraz jest moją codziennością.

Pamiętam jak podczas medytacji zobaczyłam przyszłość moją i Huberta na zupełnie oddzielnych widzeniach. Zastanawiałam się jak to jest, że mając taką piękną bliskość i zrozumienie jesteśmy w przyszłości zupełnie gdzie indziej. Ja lecę do dzieci w miłości z jakąś publikacją, a Hubert jest na drugim końcu świata i naucza ludzi, jako guru. Wtedy nie widziałam całości, to było tylko czucie tego, jakie to będzie. Nie umiałam w sobie odkodować tego czucia, było jakieś obce. Dopiero w Toskanii zrozumiałam całość. Kiedy całkowicie odpuściłam kontrole nad drugim człowiekiem i dałam sobie wolność, zobaczyłam prawdziwe przeznaczenie Huberta.  Odczytałam to nowe czucie i ukazały się szczegóły, które teoretycznie znałam, ale dopiero teraz udało mi się je rozszyfrować. Zobaczyłam piękną całość, na którą wcześniej nie byłam gotowa.

I tak wiele razy się działo. Nie rozumiałam czegoś to odkładałam to w mojej głowie na później. Kiedy przechodziłam dalej w drabince świadomości, przychodziło kolejne zrozumienie, a potem następne. I tak nauczyłam się ufać sobie bezgranicznie, nawet, jeśli czegoś zupełnie nie rozumiem. Po prostu przywalam na niewiedzenie i na odkrycie tego w późniejszym czasie, kiedy już będę gotowa. I ta gotowość zawsze nadchodzi, stale się rozszerza. Zamiast słuchać głowy podążam za swoim czuciem i to mnie jeszcze nigdy nie zawiodło.

To jest droga, która pozwala na bardzo dogłębne podążanie za czuciem, bardzo często wbrew logice. Jest wiele warstw prawd, więc pozwalanie sobie na kolejną i kolejną i jeszcze głębszą, oraz na i ….

Jest otwarciem się na kolejny wzrost.

I tak to jest.

AN