Fałszywi prorocy

Duchowi nauczyciele przybywają jak grzyby po deszczu, bo świat jest gotowy na zmianę.

Czy to znaczy, że trzeba wszystkie grzyby zbierać i próbować każdego po kawałeczku? 


W lesie, w którym roi się od grzybów te najczęstsze i najbardziej jaskrawe są trujące. Po ich zerwaniu oczekują od was poświęcenia. Wiele z nich może okaleczyć człowieka od środka, a czasem nawet zabić. 


Są jak duchowi nauczyciele, którzy ukazują ludziom zmyślne fortele, wabią finansowym bogactwem, przebierają się w kolorowe stroje, wieszają na szyjach tajemnicze amulety. 

Pod całym tym pstrokatym teatrem Mistrza nad mistrzami, kryją się fałszywi prorocy, którzy mogą być dla otwartych i poszukujących ludzi bardzo niebezpieczni. Mogą ich pochłonąć dla siebie, a później oczekiwać poświęceń.


Idąc rano do lasu, musicie się postarać, żeby między wszystkimi gatunkami grzybów, odnaleźć te jadalne. Niewiele można odkryć na takim spacerze grzybów szlachetnych, takich, które pod palcem ukażą wam miękką gąbeczkę pod kapeluszem. Takich, które przyniosą wam najlepsze smaki i swoim aromatem mogą całkowicie odmienić każdą potrawę. Warto jednak wytrwale szukać.


Tak samo jest z fałszywymi prorokami.


Zanim wybierzecie swojego duchowego przewodnika, uważnie przyjrzyjcie się autentyczności każdego nauczyciela, jakiego napotkacie na swojej drodze. Dowiedzcie się jak żyje i czym emanuje. Nie dajcie się zwieść pięknej otoczce, którą wabi swoich wyznawców.

To Wy jesteście najważniejsi na drodze do samopoznania i samodoskonalenia. Na tej ścieżce nie ma wielkich i większych. Wszyscy jesteśmy ludźmi dochodzącymi do własnej esencji, niektórzy po prostu mają większe doświadczenie i głębsze rozumienie tego, co przerobili na swojej ścieżce. 


Jesteście wystarczająco mądrzy i czujący, żeby dostrzec różnicę między fałszywym prorokiem a prawdziwym duchowym nauczycielem, jeśli tylko zwrócicie na to swoją uwagę. 


Wybierajcie dla siebie z sercem tylko najlepsze potencjały. 


Takie, które przyniosą wam prawdziwe światło świadomości i ukarzą wam siebie w całości. 


Szukajcie prawdziwków.


Anna Budzowska 05.10.2020

Zapraszam na nową stronę na FB, do przestrzeni, w której dzielić się wiedzą i doświadczeniami będą tylko prawdziwki:

https://www.facebook.com/Szkoladuchowoscipl-113615973843640/

Zakochane konie – historia o mistrzu i o człowieku

Od kilku dni zachodziła we mnie wielka zmiana połączeń energii, działania z energią, na nowo pozwalania, aby energia mi służyła. Wraz z Hubertem poszłam na zimowy spacer do Czarnego Lasu.

Kiedy zaczęliśmy wędrówkę, pojawiły się jak na tacy wszystkie nasze stare zmagania, jak dawaliśmy ludziom wchodzić sobie na głowę, jak ciągle i ciągle nie byliśmy gotowi na to, żeby spektakularnie docenić siebie w całości. Przypomniały się prace, w których dawaliśmy z siebie wszystko, tylko po to, żeby później machnąć ręką i powiedzieć, spoko, przyjmę każde pieniądze, nawet jeśli wcale nie były godne mojej pracy. Ujrzeliśmy na nowo relacje z ludźmi, którzy wyciągali od nas czas, pieniądze i uwagę, tylko po to, żeby się nakarmić. Był to obraz niełatwy do przełknięcia, ale wszystko to, co dostrzegłam u Huberta, on z łatwością dostrzegł we mnie i w moim życiu. Ta wymiana dotknęła nas do żywego i zrozumieliśmy oboje, że nadszedł czas to skończyć.
Po prostu KONIEC z TYM!

Wtedy pojawiły się przed nami dwa piękne konie. Jeden z nich był rudy i wesoły, podszedł do nas z radością dziecka. Drugi czarny, zacny i poważny, przez chwilę ostrożnie przyglądał się nam zza ogrodzenia. Byliśmy zaskoczeni ich dostojeństwem, ich godnością, ale najbardziej zaskoczyła nas ich obecność w środku lasu. Odkąd wyszliśmy z domu, nie było nigdzie ani śladu żywej duszy. Wszędzie gęsty śnieg, drzewa, temperatura -6 stopni, zimowe nieporuszenie. Aż tu nagle, po naszym przytupie, dwa niesamowicie piękne i spokojne konie.
Przywitaliśmy się, głaskaliśmy je po głowach, patrzyliśmy sobie w oczy. Były jak odbicie nas samych. Ja ruda, Hubert czarny. Ja wesoła i radosna, Hubert ostrożny i z pozoru poważny. Wszyscy ciekawi siebie nawzajem.

Czarny Koń zaczął lizać rudego po pyszczku. Ten przytulił łeb do jego szyi i tak wymieniały czułości. Energia miłości rozpływała się na wszystkie strony. Staliśmy naprzeciwko nich wpatrzeni jak w obrazek, dostrzegając tyle podobieństw. Pocałowałam Huberta w policzek i wymieniliśmy uśmiechy.
Koń i człowiek tak jak Mistrz i człowiek. Mistrz czujący, godny, dostojny i wielki jak koń. Człowiek mały, myślący, kalkulujący wiecznie swoje życie. Idący razem wspólną drogą.
Kiedy tak iść za tym tropem, podróż ludzi idących ścieżką duchową, jest właściwie taka sama jak podróżowanie z koniem. Mistrz i człowiek zamknięci w jednym istnieniu. Człowiek trzyma konia przywiązanego liną i idzie z nim przez życie.

Koń czuje wszystko bardzo wyraźnie i kiedy człowiek się wszystkiego boi, koń woli się nie zbliżać. Kiedy człowiek oswoi się z myślą, że koń idzie z nim, zaczynają się dostrzegać, odczuwać swoją obecność. Koń czasem się zmęczy ułomnością człowieka i stanie jak kamień, żeby człowiek coś w końcu poczuł, zamiast wiecznie tylko iść za rozumem w niekończący się labirynt człowieczego świata. Zrobi to tyle razy ile potrzeba, a czasem, kiedy człowiek bardzo krzywdzi siebie, koń może nawet pobiec, sponiewierać głupca i poobijać go dla przykładu.

Nieważne jak bardzo się zmęczą, bo łączy ich wspólna droga, wspólny cel.
Kiedy człowiek wreszcie to zrozumie, może odpuścić swoje labirynty i poddać się, nie bojąc się konsekwencji. Wtedy koń, dostrzeże jego mądrość i siłę, w tym wielkim geście poddania i ukłoni się z godnością, zachęcając człowieka do wejścia na jego grzbiet.

Najpierw pojadą bardzo wolno, człowiek może nawet spaść z wrażenia i znów się poobijać. W końcu jednak podda się jeszcze raz, żeby dosiąść kogoś tak wielkiego i pięknego. Uwierzy, że razem mogą znaleźć drogę do domu. Wtedy koń nabierze tempa.

Człowiek może go jeszcze spowalniać, bojąc się prędkości. Może go jeszcze szarpnąć kilka razy za grzywę, ale w końcu i to odpuści, widząc jak razem galopują przez życie, tak niesamowicie intuicyjnie omijając wszystkie niebezpieczeństwa. Oboje odczują, jaka ich podróż stała się prosta, dla konia i dla człowieka. Jaka piękna jest i pełna pasji. Jaką jest wolnością.

Tak będą galopować w nieznane, aż w końcu staną się jednym ciałem, tak jakby zawsze byli jednością.

AN

Nasze małe wygodne więzienia

Wszyscy jesteśmy gdzieś wiecznie zamykani. Kiedy rodzimy się zamykamy się w formie człowieka. Pierwszy raz musimy upchnąć naszą duszę, nasze odczuwanie, naszą całą nieskończoną istotę w małego człowieczka, któremu jest wiecznie zimno, chce mu się jeść i spać. Zamykamy się na siebie, bo jest tyle innych „ważnych rzeczy” do zrobienia. Później dorastamy, dowiadujemy się, że inni są jeszcze bardziej zamknięci. Dzieci zamyka się w szkole, zwierzęta w domach, dorosłych ludzi w pracach, a starszych w szpitalach lub w telewizorach.

Taki mój kot. Wykreował sobie życie na dziewiątym piętrze, bez widoku na naturę. Czasem go zabiorę do rodziców, gdzie jest namiastka życia w naturze, ale on woli nie oddalać się, tak bardzo zamknął się na swoje zwierzęce instynkty, żeby przetrwać. Kiedyś chodził po barierce, pokazując jakim jest kotem przez duże K. Później spadł. Trochę go ogłuszyło i co dziwne, nic więcej mu się nie stało, ale na barierkę już nie wchodzi.

Mój syn. Żyjący w świecie emocji, których nie może zatrzymać. Ciągle odczuwający i frikujący z nadmiaru, który czuje od innych ludzi. Lęki, zemsta, złość, bezsilność i tak w kółko w jego głowie odbijają się inni, więc podwaja to sobą, myśląc, że tak trzeba. Największa kara – wysłanie do szkoły. Największe marzenie – choroba. Ale nie, dzisiaj jesteś zdrowy, więc marsz do więzienia. Może zrobią ci rozgrzewkę w postaci WF-u, może więzienna stołówka zaserwuje coś słodkiego i godniej będziesz mógł przeżyć ten dzień.

Była teściowa. Zamknięta w żałobie. Myślałby kto, że jak już masz wszystko – pieniądze, przestrzeń do życia, odchowaną rodzinę, to można się poddać. Żyć w zgodzie ze sobą. Ale można też wybrać więzienie. Więzić się chorobą, więzić się żalem żałoby, więzić się niechęcią do innych ludzi. Kiedy tak długo się żyje w iluzji tego, że sami sobie nie poradzimy, że potrzebny nam jest ktoś jeszcze, żeby funkcjonować, po jego utracie, nieważne – męża, kochanka, czy dziecka – wybieramy zamknięcie na wszystko. Bo tak trzeba. Żeby było nam „lżej”, żeby inni zobaczyli jak cierpimy.

I w końcu Ja, tak jak wielu innych, zamknęłam się na wszystko, co jest we mnie. Cała moja duchowa droga to było i jest otwieranie się i wychodzenie z kolejnych więzień, które sama dla siebie przygotowałam. Pamiętam ten dzień na kanapie, w mieszkaniu byłego męża, kiedy nagle przez moment wróciłam do siebie, jaka to była ulga, jakie odkrycie, być przez chwilę sobą. Obudziło to stare pragnienie – poszukiwania siebie. Zaprocentowało. Zaczęłam więcej marzyć, więcej medytować, częściej być. Wychodziłam z kolejnych i kolejnych nie moich „rzeczy”, żeby poczuć się wspaniale, żeby poczuć, że żyję. I teraz, kiedy moje życie przetransformowało się o 180 stopni –  idę dalej.

Wydostaję się z iluzji,  że trzeba ciężko pracować, długimi godzinami, żeby godnie żyć.

Wychodzę z iluzji, że mieszkanie na dziewiątym piętrze, z dala od natury, z widokiem na bloki mi odpowiada.

Wychodzę z iluzji, że nie mogę pisać swoich książek, bo zawsze czegoś mi jeszcze brakuje.

Wychodzę z potrzeby robienia wszystkiego, tak jak inni wokół, odbębniania świąt, których nie lubię i które nie są moje, wychodzę z ról społecznych, które mówią mi co mam myśleć i jak się zachowywać, kiedy jestem matką, partnerką, dzieckiem swoich rodziców. Wychodzę ze zbiorowej świadomości, żeby być wolnym.

Tego tyle jest. Ale inni targają ten bagaż codziennie za sobą, myśląc, że już tak umrą z tym wszystkim. Później narodzą się na nowo i może tym razem im się uda. Albo nie. A ja wyrzucam, jak tylko dostrzegę, że to coś w moim plecaku nie jest moje, to wywalam i jest mi bardzo lekko. Codziennie wybieramy na nowo swoje życie i nie ma tu mowy o wymówkach. Wszystko, co do nas przychodzi, jest naszą kreacją. To my tworzymy swoje więzienia i tylko my możemy się z nich uwolnić.

Wolność już tu jest, trzeba tylko mieć odwagę, żeby po nią sięgnąć.

AN

Miasto śmierci

Shaumbra

Urodziłam się w Oświęcimiu mieście holokaustu, mieście gdzie ludzie pokazali innym ludziom jak bardzo brakuje im miłości do siebie i do bliźniego. W mieście w którym życie ludzkie znaczyło tyle co mydło, które można wyprodukować z ciała człowieka. Urodziłam się w mieście światła OŚWIĘCIM – OŚWIECENIE, w mieście światła, które upomniało się o swoją ciemność. I na tym wszystkim, na wszystkich doświadczeniach historii tego miejsca, staję Ja. Nie bez przyczyny Ja. 

Nazwa miasta Oświęcim ma trzy legendy, które o tym opowiadają. Jedna z nich to Ksiądz, który wchodząc do tunelu został oświecony światłem. Druga opowiada o tym samym księdzu, który zobaczył w ciemnym tunelu świętych i krzyknął – O święci! A trzecia dotyczy oświecenia tego księdza, który w ciemności rozbłysł światłem świadomości. 

Największe światło przyciąga największą ciemność, czy zdajecie sobie z tego sprawę? Można też ująć to odwrotnie, swoje największe światło można zobaczyć dopiero w ciemnym tunelu, tam gdzie nie dociera już nic. Jest tylko ciemność i my. Tam, można odnaleźć największe skarby dla siebie, trzeba tylko się na to odważyć. Dlaczego skarby? Bo nie potrafimy ich dostrzec w życiu codziennym, widzimy tylko wierzchołki góry, nie podejrzewając, że za mgłą kryje się lita skała, zrośnięta z nami. 

Kiedy przyzwolimy, żeby ciemność otuliła nas swoją nocą, zostajemy sami. Doznajemy największych lęków, i na dobrą sprawę, dopiero wtedy możemy je dostrzec w całości. W dzień nikt się nie boi ciemności. W najczarniejszą noc przychodzą do nas najgorsze scenariusze życia i śmierci, nas samych i naszych rodzin, przyjaciół, znajomych i wrogów. Przychodzi zazdrość, pycha, przychodzi strach o byt, jednym słowem zgnilizna. Ale kiedy przyzwolimy na jej dostrzeżenie, na jej wyłonienie się, na które do tej pory nie mieliśmy ochoty – O! Wtedy się dopiero dzieje! 

Możecie mówić NIE – mnie to nie dotyczy. Ale TAK, każdy ma w sobie tyle samo światła co ciemności. Każdy z nas jest człowiekiem, żyje w zbiorowej świadomości i ma podobne lęki, nosi w sobie ciemność. Przyzwolić na to żeby się przejawiła w całej swej okazałości i przyjąć ją, to prawdziwa droga do oświecenia. 

Swojego czasu wymyśliłam kontrowersyjny napis na bawełniane torby, który brzmiał – I LOVE OŚWIĘCIM. Wtedy myślałam, że chodzi mi o miasto, które przecież kocham. Ale jest w tym o wiele więcej. To co wydarzyło się w Auschwitz dotknęło głębi ciemności, ciemności która zawsze była, zawsze jest i zawsze będzie w każdym człowieku. I szczerze przyznam, że kocham tą ciemność, a dokładnie to, że się przejawiła dla mnie w tak bliskim otoczeniu, że mogłam dorastać w jej sąsiedztwie. Czuć jej oddech na plecach. Nauczyła mnie obcować z ciemnością, przyzwolić na nią, nie odwracać wzroku, a czasem nawet z niej żartować. 

Nie zrozumcie mnie źle, nie oceniam tego, co tam się stało, choć mogłabym bez problemu. Dla mojej duszy najważniejsze jest to, co przyniosło to mi, Ani mieszkającej kilkaset metrów obok. Ani która, gdziekolwiek pojechała i powiedziała skąd jest, siała zamęt i niedowierzanie. Jak to jest mieszkać w Oświęcimiu pytali zewsząd, robiąc wielkie oczy. Kiedyś odpowiadałam, że normalnie, tak jak w innym mieście. Ale nie, teraz widzę wszystko o wiele głębiej, o wiele świadomiej, teraz czuję różnicę. 

Mieszkam w mieście, które prorokowało oświecenie. Tak bardzo świeciło, że przyciągnęło największą ciemność. Teraz ja mogłam tą ciemność pokochać, pokochać wszystkie historie ofiar i katów. Bez oceniania. Pozwoliłam sobie na pokochanie ciemności i to rozbłysło czystym światłem miłości. Jestem tu i teraz. Jestem tym kim jestem. Jestem miłością. 

Jestem w dobrym miejscu i wszystko jest dobrze w całym stworzeniu, wystarczy tylko to zrozumieć. 

 

AN

Notatki z Hawajów

17.04.2018 – Kona, Hawaii – Ahmyo live

Jestem gotowa. Z takim podejściem weszłam w kolejną merabhę prowadzoną przez Adamusa. Nawet już nie do końca pamiętam o czym opowiadała. Czułam, że moje ciało jest gotowe na całkowite odejście. Podsunęłam nawet rękę do siedzącego obok Huberta z myślą że jak będzie mnie trzymał to moja dusza nie odejdzie. Ale potem pomyślałam to ja jestem kreatorem swojego życia. Powiedziałam więc do siebie – nie umrę, wybrałam życie w ciele, jako moje przeznaczenie. Wybrałam wcielone oświecenie i to mnie trochę zamknęło, jakby ktoś przymknął mi drzwi z energią. W tych półprzymkniętych drzwiach doświadczyłam bardzo głębokiej medytacji. Weszłam w siebie i swoją energię. Czułam kim jestem i co się dzieje, czułam jak wypełnia mnie energia, jak wyciąga mnie do góry. Nastąpił przepływ, poddałam się mu tak jak wpada się w rwącą rzekę. Zaczęłam widzieć obrazy, jak to często doświadczam w stanach głębokiej medytacji. Widziałam wodę, z której wylatywała para i nagle poczułam jak wypełnia mnie energia. Wtargnęła w moje ciało z ciepłym ruchem powietrza. Ta energia była boska, ciepła i bliska. Rozświetlająca i ogromna. Widziałam czuciem swoje ciało świetliste, widziałam jak wypełnia mnie złote światło. To był przepiękny stan, taki w którym możesz trwać przez wieczność. Miła świetlistość, bliska jak matka trwająca przy łóżku. Kiedy merabh się skończył bardzo powoli i niechętnie wracałam. Wracałam jak wraca się z podwórka do odrabiania zadań. Powoli. Moja głowa przestała się unosić, ale ciągle czułam światło w sobie. Wróciłam do ciała, zaczęłam nim poruszać, jakbym musiała się wprawić z powrotem.  

To był koniec tego dnia z Adamusem, ale moje ciało wraz tą nową falą energii ciągle się unosiło. Czułam jakby ktoś mnie nadmuchał energią i tak zostawił. Kiedy wstałam, czułam się najdziwniej w moim życiu. Ciało nie było ciężkie, tak jak zawsze i czułam się w nim trochę obco. Co było najdziwniejsze – urosłam. Autentycznie czułam się większa i dużo wyższa. I to nie tam kilka centymetrów tylko z pół metra wyższa. Patrzyłam na wszystkich w oszołomieniu, oni byli na dole, ja jakby byłam wyżej, patrzyłam na nich z góry. Trochę to przypominało jakbym zamieniła się w wielkoluda. Tak się czułam. Ponieważ to wszystko było oszałamiająco dziwne nie poszliśmy na obiad z wszystkimi. Postanowiliśmy z Hubertem przejść się pieszo, gdzieś, gdziekolwiek. Szłam więc taka urośnięta gdzieś w duł autostrady i czułam się jak półbóg albo bogini. Wyższa od wszystkich ludzi, poważna, w przepływie. To było najdziwniejsze uczucie jakie kiedykolwiek przeżyłam. Kiedy wróciliśmy do pokoju hotelowego ten stan nadal się utrzymywał – stan jakby nadmuchania, zmienionej grawitacji i podwyższenia o pół metra. Przeszło mi przez myśl, że właśnie tak się muszą czuć ludzie oświeceni. To było miłe, ale zadziwiające, więc poszłam spać, żeby sprawdzić co się stanie po przebudzeniu. Chciałam żeby wszystkie procesy przeszły w kolejne, rozpłynęły się na całe ciało. 

Kiedy się obudziłam czułam energię, ale zmienioną. Czułam wypływającą energię z moich rąk i z moich nóg i to wszystko. Stan podwyższenia ustąpił. Czułam się o wiele bardziej normalnie, tylko ta energia wypływająca z rąk i z nóg, ale to było coś co bez problemu moja głowa mogła zaakceptować.

AN