MASTER IN MUNICH – wspomnienia z wyjazdu

Wyjazdy z Shaumbrą są jak największe przygody życia i pamięta się je jeszcze długo w intensywnych barwach. A ten wyjazd był wyjątkowy, to było spotkanie mistrzów – Master in Munich- z trzystoma Shaumbra z całego świata, z niebywale wysoką energią wokół, z muzyką Yoham na żywo i muzykami z zespołu Soy, z występem pierwszego w historii teatru Shaumbry, z Lindą, Geoffreyem, Adamusem i Kuthumim, z Shoudem na żywo z serii Transhuman.

A najważniejsze były spotkania – te z Mistrzami i te z samym sobą.

Kiedy z Hubertem docieraliśmy na miejsce  tramwajem, kilka miejsc dalej siedział mężczyzna w średnim wieku.  Ubrany był całkiem zwyczajnie, żółta koszulka, czarne krótkie spodnie w kaszkiecie na g łowie. Na tymże kaszkiecie zauważyliśmy w pewnym momencie przypinkę piracką – czaszkę ze skrzyżowanymi kośćmi – i wtedy poczułam, że właśnie się zaczyna.

Dalej już poszło gładko, pierwsze kolorowe Panie ze Stanów i z Niemiec przywitały nas ciepło w wspólnej drodze do miejsca, gdzie miał odbyć się Shoud. Najpiękniejsze w tych pierwszych spotkaniach była nieprawdopodobna otwartość każdej ze stron. Ze swobodą przytulaliśmy się wzajemnie i patrzyliśmy w przejrzystość swoich oczów. Była w tym jakaś magia przyzwalania, może utożsamiania się z grupą i wielkie szczęście które towarzyszyło nam już do końca.

Zanim się zaczęło zdążyłam poznać Geoffreya. Hubert schodził razem z nim ze schodów, więc i ja odważyłam się podejść. Jakby mnie coś wypchało do niego. Przywitałam się, podałam mu rękę, a on przytulił mnie całym sobą i zajrzał mi prosto w oczy. Nigdy nie zapomnę tych oczów, przejrzystych, szarych i pełnych spokoju i piękna, a także tej płynącej z tego spotkania energii, miękkiej i miłej, jakbym zanurzyła się w ciepłej chmurze. Czułam, że nasze dusze się rozpoznały.

Sala była jakby widownią teatru, od sceny odchodziły rzędy krzeseł poukładanych koliście, a na samej scenie iskrzyła się czerwona kurtyna podświetlona fioletowymi reflektorami, stały tam też zielone drzewa w wielkich donicach i oczywiście dwa ozdobne krzesła. Linda i Geoffrey zaczęli od pięknego przywitania, okazało się że Shaumbra przyjechała na to wydarzenie z dwudziestu pięciu krajów, osiemdziesiąt procent widowni miała zrobiony certyfikowany kurs SES, a energia widowni wręcz unosiła się gęsto w powietrzu, jak fatamorgana.

Adamus zaczął od energetycznego uderzenia. Powrócił myślami do czasów Atlantydy i pogratulował nam, że znów tu jesteśmy i to w świadomości mistrza. Był wzruszony, że coś co było mrzonkami mędrców Atlantydy naprawdę przejawiło się  teraz na naszej Ziemi. Ugruntował nasze Jam jest. Przywołał naszą świadomość.

Po tej niesamowitej merabh ciężko było mówić. Tak głęboko dotarłam do istoty samej siebie, że wydawało mi się niemożliwe, żeby rozmawiać jeszcze z innymi osobami. Czułam pod sobą ziemię, jak nigdy dotąd, moja świadomość rozszerzyła się, a zmysły wręcz dawały poczucie, że pod rękami mam żywe kamienie, żywą skałę, która się  porusza, która nie ma końca. Kawa od Huberta przywróciła mnie trochę do ziemskiego wymiaru i już było po przerwie. Pomyślałam sobie, że jak tak mają wyglądać te trzy kolejne spotkania to nie wiem czy moje ciało to wytrzyma.

Kolejne spotkanie było już jednak dużżżo łagodniejsze. Lina i Geoff przedstawili nowe kursy i wyjazdy na które można było się jeszcze zgłosić i znacznie rozluźnili atmosferę.  Każdy z Shaumbry miał okazję się ukłonić do swojego kraju, kiedy Linda wyczytywała gości. Z jakiejś nieznanej mi przyczyny wstałam wraz z kłaniającymi się  Francuzami, na szczęście Hubert uświadomił mnie, że Polski jeszcze nie czytali, więc później razem z nim ukłoniłam się  pięknie także  po Polsku. J Mogłam później wyjaśniać nieznajomym, że jestem obywatelem całego świata i granice mi nie straszne. 😛

 

Kolejne dwa spotkania to była piękna muzyka Yoham na żywo, których płyty można było później kupić w hali przed wejściem, co oczywiście uczyniłam. Adamus rozmawiał z nami o nas samych, a Kuthumi wyjaśniał jak wyglądała jego czuciowość kiedy się oświecał. Już przed przyjazdem zapowiedziałam, że zamierzam tańczyć z Adamusem, a kiedy Kuthumi przyszedł channelować Geoffreya wiedziałam, że taniec  będzie nieunikniony. W pewnym momencie kiedy Yoham grali przepiękny pełen zmysłów kawałek zobaczyłam dwie kobiety, które wyrwały się do tańca. W tej samej chwili uśmiechnęłam się do mojej cudnej niedawno poznanej sąsiadki po lewej i chwytając jej rękę pofrunęłyśmy pod scenę. Tym razem wydaje mi się, że zaskoczyliśmy Lindę, która nie wiedziała co z nami tańczącymi zrobić. Yoham jednak zaczął grać coraz szybciej i w pewnym momencie wszyscy na Sali byli jednym wielkim tańcem i radością. Ależ to było spontaniczne i przepiękne.

Zdyszani i mokrzy od tańca wyszliśmy przed budynek, jednak nie chcieliśmy się bardzo oddalać, bo tej nocy miał się  tu odbyć pierwszy w historii Teatr Shaumbry. W tej krótkiej przerwie udało nam się poznać i poczuć energię sporego kawałka najmłodszej Shaumbry, z którą zasiedliśmy na trawie. Nasz nieskrywany entuzjazm i radość odrobine przeszkadzał mieszkającym przy teatrze staruszkom, którzy co jakiś czas skarżyli się po niemiecku na zbyt głośne ekscytacje. J

Przedstawienie teatralne to było istne cudo, salwy śmiechu, wspaniale zarysowane postacie i ludzie z przepiękną  pasją do teatru. Nie sądziłam przed tym spektaklem, że wszyscy Shaumbra jesteśmy do siebie tacy podobni. Każdy chce miłości, jest mistrzem po ziemskich przejściach i ma swoją rodzinę aniołów, które ciągle starają się pomagać nam – niepokornym błądzącym. Super inicjatywa, która została nagrodzona gromkimi brawami. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie okazja zobaczyć kontynuację  „Być albo nie być człowiekiem”.

Co się tyczy drugiego dnia, to była czysta sensualność. Adamus krok po kroku pokazywał nam jak otwierać swoje zmysły. Na scenę weszło czterech bardzo utalentowanych gitarzystów z Pasją i z każdą chwilą czuło się  ich coraz bardziej, coraz śmielej, ciągle inaczej. To był prawdziwy prezent dla mnie – miłośniczki gitary i śpiewów. ACH…

Na koniec znowu widownia zapłonęła w tańcu, czego Linda mogła się już spodziewać, po dniu poprzednim. Później na koniec całej imprezy i po wszystkich podziękowaniach nasza cicha królowa wyszła do widowni porozmawiać z rodziną królewską – czyli nami.

Podeszłam do Lindy z rozmachem – jak nie teraz to kiedy! Przywitałam się i powiedziałam, że to mój pierwszy raz z nimi na żywo. Linda była przemiła, więc zapytałam ją o Polskę, kiedy do nas zawitają. Wydawała się przekonana, że planują już jakieś spotkanie w naszej ojczyźnie, a kiedy powiedziałam poważnie i prosto w piękne oczy Lindy – „Czekamy na Was” – odwzajemniając  powagę obiecała teraz pamiętać o tym przy najbliższej okazji gdy będą planować przyszłe wyprawy. Podziękowała mi za przybycie, a ja jej za wszystko. Później pożegnaliśmy się z resztą nowopoznanych, wymieniliśmy się facebookami i zostawiliśmy w sobie mocne postanowienie powrotu. Tak szybko jak tylko to możliwe.

Wielka gruba Suwerenność

Ostatnie wydarzenia w moim życiu spowodowały totalną zmianę odbioru rzeczywistości. Zdałam sobie sprawę, że jestem totalnie suwerenna. Absolutnie samowystarczalna. A później poczułam, że nie muszę jeść, przestałam odczuwać głód. Na początku byłam niepewna, jadłam malutko bo trzeba. Tak ogólnie przyjęto. Jednego dnia jednak nie chciałam już dłużej robić tego co przyjęte. Przestałam jeść. Nie jadłam nic, a ciągle przybywało mi energii. Zrozumiałam, że energia nie musi być dostarczana z jedzenia. Kolejna iluzja została zdjęta z mojego życia. Nie jadłam nic przez sześć dni i zatęskniłam za gryzieniem. Poszłam do najlepszej restauracji na lunch. Odczuwałam niezwykłą wrażliwość na smak i kształty które rozgryzałam. Każde warzywo było innej konsystencji, innego kształtu, każda łyżka zupy przynosiła niezwykłe doznania. Potem gryzienie i chrupanie. Wszystko to obfitowało w uważność. Jadłam lunch 1,5 h. Było wspaniale, poczułam jak ciepło rozlewa mi się po całym ciele. Poczułam głębokie uziemienie. Kiedy dzisiaj zjadłam trzy widelce spaghetti to było jak przygoda. Makaron zakręcony nitkami w moich ustach, głęboki smak pomidorów, okrągła chrupiąca oliwka. Zrozumiałam dlaczego włosi gotują makaron al dente. Miękkość na zewnątrz, chrupkość w środku. Niezwykłe, że nigdy wcześniej tego nie dostrzegłam. Przyjemność z jedzenia kiedy nie jest się głodnym jest nie do opisania. Niby nic się nie zmieniło, może tylko to, że bardzo mało jem. Ale jak już jem to czuje Ahmyo. Stan boskiej łaski. Wspaniałość. 🙂 I tak o…..:):):)

AN

O wolności w związkach nowej energii.

Najtrudniejsze w związkach nowych energii jest to, że nie ma jeszcze sprecyzowanego gruntu, o który można by się było zaczepić przy okazji swoich perypetii. Jako jedni z pierwszych na kuli ziemskiej działamy w nowych energiach, uczymy się kochać siebie, doznajemy sensualności, czuciowości, zmysłowości, ale związki Mistrzów są ciągle prawdziwą nowością i ciekawostką, bo ani Adamus ani Tobiasz nigdy takich związków nie mieli. Kiedy z drugim człowiekiem czujemy i działamy intuicyjnie, bez umysłu – nie widzimy całości i to dla ludzkiej natury człowieka jest dziwne, jest nieznane, a czasem nawet daje nam do wiwatu.

Na szczęście cała reszta jest najłatwiejsza.

Możliwość kochania drugiego człowieka w całkowitej wolności i w zgodzie ze swoim czuciem, to doprawdy jedno z najwspanialszych moich doświadczeń. Kiedy dzielimy swoją przestrzeń z drugim Mistrzem nie musimy się o nic obawiać, nikogo nieść na plecach, nie jesteśmy w żadnym stopniu uwiązani, a ciągle dostajemy to, co najpiękniejsze – bezwarunkową miłość, głęboki szacunek drugiej strony, radość i czułość w najpiękniejszej odsłonie.
Wybierając siebie i kochając siebie stajemy się wolni od wszystkich wcześniejszych upodobań, wymysłów zbiorowej świadomości, powinności i innych podobnych nieistotnych szczegółów. Nikogo już nie potrzebujemy, żeby być zakochanym, żeby tworzyć najlepsze potencjały. Jesteśmy nieprawdopodobnie samowystarczalni i otaczamy się wspaniałą miłością do samego siebie, która ogrzewa nas zawsze tak samo. Kiedy jednak spotykamy drugą tak podobną samowystarczalną istotę, to możemy z nią dzielić swoją przestrzeń i radować się wspólnym byciem w tu i teraz. Pić wino na balkonie z widokiem na góry, rozkoszować się doskonałym posiłkiem, zachwycać zielonością lasu, dotykać się z całkowitym przyzwoleniem i kochać czując wszystko, tak jak jeszcze nigdy wcześniej.

W pewnym momencie, kiedy poznajemy innych ludzi, innych mistrzów, innych wcielonych aniołów, przychodzi pytanie – Co tak naprawdę oznacza ta całkowita wolność w związkach nowych energii?

Wyobraźcie sobie dwójkę wspaniałych wcielonych Mistrzów nowej energii, którzy dzielą ze sobą TU i TERAZ. Ich życie jest naprawdę piękne, rozumieją się bez słów, czują na odległość swoje lepsze i gorsze dni, ponieważ nie mają potrzeby mieszkania ze sobą. Świat sam ustala dla nich wspólne chwile, a oni się tym cieszą. Tańczą z tym, co przychodzi do ich drzwi. Są dla siebie lustrem, zachwycają się wspólnie światem i doceniają siebie nawzajem.
Pewnego dnia na jednej z samotnych wypraw Mistrzyni poznaje wcielonego Anioła. Jest taki wolny i świeci nieprawdopodobnym blaskiem, że Mistrzyni zakochuje się w nim bez namysłu. Jego każdy gest i dźwięk wzbudza w niej zachwyt. Mistrzyni dostrzega w tym zdarzeniu tysiące możliwych potencjałów płynących z tego spotkania, które w jednej chwili przeżywa w sobie. Zostawia Anioła w górach i wraca do domu wypełniona miłością do nowej istoty. I to jest piękne.

Mistrz wyjeżdża do innego kraju, pobyć trochę samemu ze sobą, wykąpać się w słonej wodzie i poczuć smak śródziemnomorskiego kraju. Na swojej drodze spotyka piękną uczennicę. Dziewczyna jest wolna i ma otwartą głowę. Kiedy uczeń jest gotowy, tam pojawia się Mistrz. Spędzają ze sobą dużo czasu, bo pojawia się na to przestrzeń. W jednym z takich dni jadą razem na plażę i kąpią się wspólnie w morzu. Mistrz jest wolny od wszelkich zakazów, co może, a czego nie może robić. I to jest piękne.

Mistrzyni będąc w innym kraju, czuje nową relację Mistrza, czuje jego otwartość do uczennicy, oraz jego wątpliwości i kołatające się w jego głowie pytanie – Co tak naprawdę oznacza ta całkowita wolność w związku nowych energii? Mistrzyni pisze do Mistrza – Rób to, co czujesz 🙂 – i po tym smsie tryska radością wolności i światłości, która wypływa z tego przyzwolenia na wszystko, co może się wydarzyć. To takie piękne, to takie czyste, to takie wolne.

I wszystko było by pewnie usłane różami w tej historii, gdyby nie to, że jeszcze ciągle zaczepia nas nasze człowieczeństwo. Nasz umysł człowieka dochodzi do głosu i przyćmiewa prawdziwe idee. Następuje, więc zwrot akcji. Mistrzyni budzi się następnego dnia z moralnym kacem. Do gry wkracza umysł, który próbuje wszystko popsuć. Dochodzą do głosu najczarniejsze potencjały, które bądź co bądź i tak będą dobre, jeśli się przejawią. Bo wiadomo, że wszystko jest dobre w całym stworzeniu. Tylko dlaczego przez chwilę jest tak najtrudniej?

Po powrocie Mistrzów nowej energii, okazuje się, że między nimi i innymi ludźmi nic się nie wydarzyło. Przejawiły się tylko potencjały tego, co mogłoby się stać i stało by się gdyby Mistrzowie by tak poczuli. Ta wolność wszystkiego jeszcze się nie zdefiniowała, ale furtka jest nadal otwarta. Tylko nasze człowieczeństwo nie dopuszcza jeszcze pełni tego, co oznacza ta wolność. Czy poprzestaniemy na potencjałach, czy będziemy się sobą dzielić z innymi w radości i miłości?

AN

W ilu procentach jesteś Mistrzem? – czyli o ZAMOTCE.

Przyszło do mnie w ostatnich dniach wspaniałe rozumienie. Kilka razy zdarzyło się mi i innym Shaumbrą być w ZAMOTCE. Słowo jest adekwatne i oddające sedno sprawy, choć być może wcale nie istnieje.
Jadąc autobusem na spotkanie Shaumbry zgubiłam się totalnie. I wszystko było by dobrze gdybym nie zadzwoniła do ludzi ze spotkania i nie czekała na ich wskazówki. Po kilku podpowiedziach gdzie mam iść, w którym kierunku i jak dojść do autobusu który w końcu doprowadziłby mnie na miejsce spotkania, zgubiłam się totalnie. Zamiast po prostu iść przed siebie przeszłam wszystkie możliwe przystanki w okolicy, pytałam ludzi jak dojść na autobus mojej linii i zadawałam inne pytania na które nikt nie znał odpowiedzi – co wyprowadzało mnie z równowagi. I tak szamocząc się okrutnie, obwiniając wszystkich innych wokół siebie spóźniłam się na autobus i pokutowałam przy przystanku kolejne 30 minut. Niby ok, wszystko jest dobrze w całym stworzeniu i zwyczajnie miałam się pojawić później. Tylko ten stan wyprowadzenia z równowagi, bardzo rzadki już teraz w moim życiu. Prawie gniew, a już na pewno pretensje do całego świata czemu to moje ZAMOTANIE tak właśnie się skończyło. Wtedy przyjęłam to do siebie nie rozumiejąc o co chodzi. Zostawiając rozumienie na później. To było dziwne i szybko się skończyło, ale zapamiętałam lekcję.

Druga sytuacja w przeciągu kolejnych tygodni. Jadę autobusem w Bieszczady, ledwo zdążyłam się przepakować z innej wyprawy i jadę dalej, bo tak wspaniale układa się życie. Znajomi powiedzieli mi żebym wsiadła do autobusu z Warszawy do Polańczyka i że będę wtedy miała już niedaleko na pole namiotowe na którym oni stacjonują od tygodnia. Więc jadę, zadowolona. Bilet mam, siedzę obok miłej kobiety, wszystko wspaniale. Co prawda mam pożyczony telefon, który ledwo trzyma baterię i nie wzięłam ładowarki, a mój telefon został przez przypadek w innym mieście, ale to nic. Wszystko jest wspaniale. Nagle po kilku godzinach drogi dostaję smsa, że to miejsce do którego jadę, jest jednak daleko od miejsca do którego mam dojechać, bo aż 60 km dalej. Dojadę do Polańczyka o 21:30, a w Bieszczadach jak to w Bieszczadach nic już o tej porze nie jeździ. Hubert sprawdza mi połączenia i nic nie ma. Inni pytają na miejscu – nic nie da się zrobić. Po ciemku z walizkami w odludziach Bieszczad, ciężko będzie złapać stopa. Jadę sama w autobusie, nie wiadomo gdzie, zaraz wyładuje mi się telefon, nie wiem nawet w którą stronę się kierować bo nie wzięłam mapy. Wpadam w ZAMOTKĘ. Obwiniam cały świat o to, że nie wiem co się ze mną stanie, znajomi wprowadzili mnie w błąd, nikt po mnie nie przyjedzie, nikomu nie udaje mi się pomóc, wszyscy się dołożyli, a ja biedaczek jak sobie teraz poradzę?! I w tym momencie przypominam sobie ten stan sprzed kilku tygodni. TA SAMA ZAMOTKA. To samo uczucie, nieogarnięcia, niewiedzenia, zagubienia i obwiniania wszystkich wokół.
I po chwili przychodzi świadomość. Jak to, Ania TY Mistrz nowych energii, masz jakieś pretensje do innych. Przecież to ty sama kreujesz swój świat, przecież to wszystko to jesteś TY i TWOJA kreacja. JESTEŚ KIM JESTEŚ. Sama się w to wplątałaś, więc ogarnij się, przyjmij wszystko takie jakie jest i kreuj to co chcesz. Dopiero wtedy powoli wyszłam z ZAMOTKI. Kilka oddechów, a może nawet kilkanaście. ANIA ufaj SOBIE i SWOJEJ KREACJI. Więc ok, myślę sobie, będzie co ma być, przyjmuję wszystko. Ale i tak pewnie będzie dobrze, robię przestrzeń – niech się zadzieje samo. W końcu tylko JA jestem kreatorem swojego życia. Nikt inny się nie dokłada. TYLKO JA.

Mija godzina, pytam się sąsiadki dokąd jedzie, ale ona wysiada wcześniej. Mija kolejna godzina, czuję że wszystko jest już nie ważne, robię przestrzeń. Przyzwalam bez lęku, na rozwiązania, domyślam się że i tak będzie dobrze. Wracam do stanu boskiej łaski. Będzie wspaniale. Przepuszczam wszystko.

Na 30 minut przed dojazdem do Polańczyka jakaś kobieta pyta wszystkich ile jeszcze do jej przystanku w Lisznej. Inna blondynka siedząca za nią odpowiada, że bliziutko – jakieś 10 minut. Spoglądam w jej stronę i pytam czy może, jak jest miejscowa to zna jakieś połączenia do Cisnej, bo tam właśnie się wybieram. Zdziwiona mówi że raczej nic już tam nie jeździ o tej godzinie. Przyjmuję, odwracam się i jadę dalej. Po kilku minutach, blondynka zaczepia mnie i mówi, że jeśli chcę to zawiezie mnie do Cisnej, bo jedzie niedaleko tej miejscowości i ma po drodze, tylko ze znajomymi, którzy przyjadą po nią . Wysiada w Lisznej żeby zrobić zakupy. Mają jedno wolne miejsce w aucie i jest już po rozmowie z nimi i się zgadzają żeby mnie zabrać ze sobą. Pięć minut później wysiadam, pakuję rzeczy do samochodu z całą brygadą bieszczadzkich zapaleńców, wymieniamy się najlepszymi miejscówkami w Bieszczadach. Punkt 22 dowożą mnie przed sam wjazd do mojego pola namiotowego. A ja z zakupionym w Lisznej winie w ręku idę w ciemność do znajomych. Już wiem, jak to jest być w zamotce i już nie chcę. Wybieram inaczej. Wybieram bycie mistrzem w każdej sytuacji. Wybieram swoją kreację i jestem za nią odpowiedzialna już zawsze. Jestem w stu procentach człowiekiem i jestem w stu procentach mistrzem. I tak to jest.

Zdarza Wam się utknąć w sieci pajęczej? Zdarzają Wam się jeszcze ZAMOTKI?

AN

No Stories no worries – czyli o obrazach z życia

Świat jest pełen historii różnych ludzi, nie zawsze są one miłe. Tak naprawdę jednak, każda historia i jej obraz, zależy od punktu widzenia obserwatora.
Kiedy jesteśmy prawdziwie wolni, zdarzenia z życia innych ludzi, oraz te z naszego życia, zamieniają się w obrazy, które możemy podziwiać jak w galerii. Przestają być złe, albo dobre. Są tylko historiami, które miały nas czegoś nauczyć. Nic więcej.

AN